niedziela, 15 maja 2011

ABSURDY ŻYCIA CODZIENNEGO


Zgodnie z zaleceniem PIP pozwałam pracodawcę, który zwolnił mnie, gdy byłam w ciąży.

Pierwsza rozprawa odbyła się pod koniec kwietnia 2010 roku. Jednak została przełożona na 25 czerwca, ponieważ pozwany nie potrafił prawidłowo wyliczyć kwoty odszkodowania. Dla niego wahania premii o 700 PLN były nieznaczące. No cóż dla kogo nic nie znaczy ta kwota, to nie znaczy. Dla mnie jest to kwota znacząca! Nie mogłam się więc zgodzić na proponowane przez niego odszkodowanie. Oczywiście na drugiej rozprawie sąd orzekł na moją korzyść i byłam szczęśliwa, jak małe dziecko, kiedy otrzyma jakąś zabawkę.

Myślałam sobie, że wszystkie moje problemy się skończą. Spłacę wszystkie przeterminowane raty, znajomych i zapomnę, że miałam problemy. Niestety nie okazało się to takie proste.

Mój były pracodawca złożył apelację do sądu okręgowego, a ja dostałam na głowę kubeł zimnej wody. Nie dość, że nie otrzymam odszkodowania, którym mogłabym spłacić zadłużenie, to nie wiadomo czy w ogóle je otrzymam.

Znajomych spłacałam z bieżących dochodów – na raty już nie wystarczało. Do drzwi moich zaczęli pukać windykatorzy. To było bardzo upokarzające. Pokazywałam dokumenty z sądu, jednak nic to nie pomagało, bo zaczęły przychodzić pocztą wypowiedzenia umów kredytowych.

Poza tym nie mogłam się doprosić o wypłatę pieniędzy z drugiej katowickiej firmy. Napisałam więc do PIP-u, żeby przeprowadzili tam kontrolę. Okazało się podczas tej kontroli, że pieniądze rzekomo czekają na mnie w kasie.

Ludzie! Przecież w moich aktach osobowych był podany numer rachunku bankowego, na który należy przekazywać wynagrodzenie!

Czy urzędnicy nic nie widzą, czy widzą tylko to, co chcą zobaczyć?

Kontrola jednak poskutkowała, bo za kilka dni otrzymałam część należnego wynagrodzenia.

W sądzie okręgowym rozprawa odbyła się 25 listopada 2010 roku. Apelacja w całości została odrzucona, a wyrokowi nadano klauzulę natychmiastowej wykonalności. W połowie grudnia otrzymałam wywalczone odszkodowanie.

Jakież było moje zdziwienie, gdy na początku kwietnia 2011 roku otrzymałam zawiadomienie z sądu, że pozwany złożył do Sądu Najwyższego skargę kasacyjną.

Halo! Przecież zwolniono mnie w 8-mym miesiącu ciąży!

Czyż nie jest absurdem, że po upływie ponad 1,5 roku od urodzenia córki, sprawa mojego zwolnienia z pracy nie ma swojego końca i nie wiadomo, kiedy będzie miała jakikolwiek koniec?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz