niedziela, 1 maja 2011

PEWNA FIRMA Z KATOWIC, CIĄŻA I PODZIĘKOWANIE...

Witam wszystkich, którzy mają podobne problemy lub doświadczenia.

Moja historia jest długa i jeszcze nie ma swojego końca, lecz jest chyba warta opublikowania, bo zawiera w sobie prawdę o co poniektórych pracodawcach i o życiu.

W sierpniu 2006 roku „szczęśliwie” podjęłam pracę w jednej z katowickich firm. Myślałam sobie: „porządna rozwijająca się firma z tradycjami, spółka notowana na giełdzie, ludzie na poziomie”. Moje myślenie w ten sposób skończyło się w sierpniu 2009 roku. Ale zacznę od początku.

Rozmowa kwalifikacyjna była bardzo szczera – łącznie z pytaniami o stan rodzinny i planowany rozwój rodziny. Byłam wówczas szczęśliwą mamą 5-letniej Wiktorii i nie miałam w najbliższych planach kolejnego dziecka, aczkolwiek nie wykluczałam takiej możliwości, o czym poinformowałam pracodawcę. Pomijam już fakt, iż na rozmowie kwalifikacyjnej nie można zadawać tego typu pytań. Byłam wtedy bardzo zdeterminowana i nie przeszkadzało mi to.

Zaczęłam pracę ostatniego dnia sierpnia – w piątek. Pracowałam w księgowości, gdzie jak się później przekonałam, postrach siały kontakty z zarządem. Mnie one nie były straszne i dziwiłam się bardzo takiemu podejściu współpracowników do sprawy, ponieważ wcześniej pracowałam przez 10 lat w małej firmie z właścicielem cholerykiem, z którym nauczyłam się współpracować i nie bałam się jego wybuchów i nastrojów. Ponadto jestem osobą, która potrafi się przyznać do własnych błędów i, jak się przekonałam, w mojej nowej pracy zostało to docenione zarówno w podziale obowiązków, jak też finansowo.

Pomimo iż bardzo często musiałam zostać po godzinach, dobrze mi się tam pracowało. Zostawanie po godzinach nie było mi obce z poprzedniego miejsca pracy. Była jednak w tym zasadnicza różnica – w nowym miejscu pracy otrzymywałam za to dodatkowe pieniądze, natomiast w starej – nie.

Wszystko w katowickiej firmie układało się jak najlepiej. Ponieważ jestem osobą asertywną i szukającą nowych rozwiązań ułatwiających pracę, zostałam przydzielona do zespołu, który miał wprowadzić nowy system CRM zintegrowany z systemem księgowym. Wyjeżdżałam na delegacje i czułam się pracownikiem docenionym.

W styczniu 2009 roku miałam wypadek samochodowy, jednak nie na tyle groźny, żebym nie była w stanie się ruszać. Pierwszy widocznym skutkiem wypadku była woda w kolanie, którym uderzyłam w deskę rozdzielczą. Następnego dnia miałam jechać do firmy informatycznej na umówione spotkanie. Odmówiłam więc w szpitalu ze skorzystania z L4 na własną odpowiedzialność. Jednak następnego dnia gorzko tego pożałowałam. Pojechałam autobusem do pracy, a później na wcześniej wspomniane spotkanie. Do domu wracałam z ogromnymi trudnościami. Miałam trudności z chodzeniem. Bolał mnie cały kręgosłup od wstrząsu, jakiego doznałam w trakcie wypadku. Dzień wcześniej musiałam być w szoku, bo nie czułam żadnego bólu. Do końca tygodnia odebrałam sobie nadgodziny i nie poszłam do pracy. Podczas wypadku bardzo mocno uderzyłam kierownicą w brzuch, który od tamtego czasu nie przestawał mnie boleć. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że byłam już w początkach ciąży. Po dwóch tygodniach poszłam do lekarza i okazało się, że jestem w ciąży, która przez ten wypadek jest mocno zagrożona i nie mogę jeździć do pracy.

Zwolnienie lekarskie pojechałam zawieźć do firmy osobiście, bo chciałam przedstawić sytuację swojej przełożonej i przekazać obowiązki którejś z koleżanek. Po miesiącu wylądowałam w szpitalu i tam dowiedziałam się, że aby donosić tę ciążę muszę cały czas leżeć i praktycznie nie mogę wychodzić z domu. I tak do końca ciąży byłam skazana na pobyt w domu, co mi osobiście nie bardzo odpowiadało, bo byłam nauczona życia w ciągłym ruchu. Jednak dla dobra dziecka musiałam się z tym pogodzić.

Jakież było moje zdziwienie, gdy w ósmym miesiącu ciąży otrzymałam listem poleconym pismo informujące mnie, że moja umowa już nie jest ważna, ale ze względu na ciążę zostaje przedłużona do dnia porodu. Miałam umowę zawartą do końca listopada 2011 roku, a na koniec sierpnia 2009 roku okazuje się, że jest ona nieważna?!

Pracodawca mój powołał się na ustawę antykryzysową, która podobno miała chronić również pracowników, i nie zważając na fakt mojej ciąży i przebywania na zwolnieniu lekarskim, poinformował mnie łaskawie na piśmie, że minęły już 3 lata od początku mojego zatrudnienia i zwyczajnie mnie wyrzuca z pracy.

Gdzie sens i logika?!

Będąc w ciężkim szoku (dobrze, że nie urodziłam z emocji) przeczytałam ustawę antykryzysową i jak ta idiotka stwierdziłam, że może tak muszą ze względu na ograniczenie kosztów. Wyczytałam bowiem w tej ustawie, że po 3 miesiącach można ponownie przyjąć tego samego pracownika i wtedy okres 24 miesięcy biegnie na nowo. Teraz wiem, że byłam bardzo naiwna i głupia, ale wtedy tak to sobie tłumaczyłam. Bałam się tylko czy po porodzie będę miała jakieś środki do życia. Zorientowałam się, że ZUS będzie mi wypłacał należny zasiłek macierzyński.

W tym samym czasie mój mąż z powodu kryzysu zaczął mieć problemy z utrzymaniem stanowiska pracy i musiał ją 3-krotnie zmieniać. Pracował za marne pieniądze, a oczywiście w dobrych czasach wzięliśmy kredyty, bo dobrze się żyło.

Teraz przyszło nam zbierać owoce tego wszystkiego, ale o tym napiszę w kolejnym poście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz