Po otrzymaniu świadectwa pracy poszłam do banku, aby skorzystać z możliwości płacenia rat kredytu przez ubezpieczyciela, bo przecież kredyt miałam ubezpieczony. No i kolejna niespodzianka, bo żeby skorzystać z ubezpieczenia, na świadectwie pracy powinno być napisane, że zostałam zwolniona przez pracodawcę. Ja miałam napisane, że rozmowa została rozwiązana z upływem czasu, na jaki została zawarta. Nie było to oczywiście prawdą, ale było to niedopatrzenie z mojej strony. Było już za późno na prostowanie treści świadectwa pracy, bo 7-dniowy termin minął. I tak zostałam bez pracy, z nowym członkiem rodziny, większymi wydatkami i ratami do spłaty.
Pod koniec urlopu macierzyńskiego naiwnie udałam się do rzeczonej firmy w Katowicach, ponieważ chciałam podjąć dalszą współpracę. A tu czekała mnie kolejna niespodzianka. Wszyscy nabrali wody w usta i nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Dowiedziałam się, że moja bezpośrednia przełożona już nie pracuje. Poszłam więc na rozmowę do jej następczyni i od niej usłyszałam, że nie szukają nikogo do pracy, co nie było prawdą, bo na stronie internetowej zakładu przez cały czas było ogłoszenie na moje stanowisko pracy. Ponadto powiedziano mi, że gdyby nawet było miejsce, to i tak nie zostałabym przyjęta.
Dla mnie było nie do zrozumienia, że z cenionego pracownika w momencie, gdy zaszłam w ciążę, stałam się nic nieznaczącym osobnikiem. Czyż to nie jest dyskryminacja?! Po raz pierwszy tego dnia zastanowiłam się, jakie jest podejście tego pracodawcy do pracownika. Pracownik dla niego jest tylko przedmiotem, z którego należy jak najwięcej wycisnąć. Gdy tylko przedmiot (pracownik) ma jakąś usterkę (ciążą, macierzyństwo, długotrwała choroba), należy go zwyczajnie wyrzucić. Myślę, że wielu pracowników tej firmy zgodziłoby się ze mną.
Po rozmowie poczułam się, jak w pułapce z widmem bezrobocia na karku.
Pierwsze swoje kroki skierowałam do Inspekcji Pracy szukając porady, co powinnam zrobić w takiej sytuacji. Inspektorzy konsultowali się w mojej sprawie i powiedzieli, że powinnam jak najszybciej złożyć pozew do sądu o odszkodowanie za zwolnienie z pracy bez wypowiedzenia. Nie radzili mi pozwu o przywrócenie do pracy, bo gdyby sąd rozpatrzył to na moją korzyść i przywrócił mnie do pracy, to nie wytrzymałabym tam godziny (czyżby mobbing?).
W związku z tym, że nie szukałam pracy będąc na zasiłku macierzyńskim, wówczas wiedziałam, że nie będzie dobrze. Skorzystałam więc z możliwości przedłużenia zasiłku o dwa tygodnie. Niestety przyszedł czas, kiedy musiałam się zarejestrować jako osoba bezrobotna i w dodatku bez prawa do zasiłku, bo przez 5 poprzednich miesięcy nie byłam zatrudniona. Prawo mamy absurdalne, ale cóż mogłam na to poradzić.
Tym sposobem stanęło przede mną widmo głodu. Miałam wybór: kupić mleko malutkiej córce, ubranie starszej córce, a dla nas jedzenie czy płacić raty do banku.
Niestety trafiło na Eurobank, który jest bankiem niereformowalnym, a ludzie zatrudnieni w dziale windykacji są do reszty wyuzdani z jakichkolwiek ludzkich uczuć.
Poprosiłam o możliwość restrukturyzacji kredytu. Przedstawiłam sprawę uczciwie. Pani powiedziała, że muszę spłacić zaległość w kwocie niecałych 30 złotych, bo w przeciwnym wypadku nie będzie mój wniosek rozpatrzony pozytywnie. Oczywiście wpłaciłam pieniądze (tyle jeszcze miałam) i czekałam na odpowiedź. Miała nadejść w ciągu tygodnia, nadeszła po przeszło dwóch tygodniach. W tym czasie upłynął termin spłaty kolejnej raty. Niestety pieniędzy mi zabrakło i nie zapłaciłam tego zobowiązania. Automatycznie odpowiedź z banku przyszła negatywna, bo znowu miałam zadłużenie.
Ludzie! Na jakim świecie my żyjemy?!
Przecież gdybym miała te pieniądze, to nie potrzebowałabym restrukturyzacji i płaciłabym regularnie raty.
To było koło zamknięte. Żaden z banków nie chciał mi pomóc, bo byłam bezrobotna. A ja przecież wiedziałam, czym grozi pozostanie w tej sytuacji i dlatego potrzebowałam pomocy. Niestety pętla coraz bardziej się zaciskała, a ja nie widziałam przez długi, długi czas wyjścia z tej patowej sytuacji.
Pod koniec marca 2010 na horyzoncie pojawił się jasny punkt – dostałam pracę!!!
Znowu praca w Katowicach – w samym centrum. Biuro mieściło się w kamienicy. Było urządzone gustownie – same antyki. Pełne wyposażenie kuchni. Towarzyszka pracy miła. Żyć nie umierać!
Po niedługim czasie okazało się, że nie wszystko jest w porządku, a pozory mylą i to bardzo.
Z rachunku bankowego wypływały duże sumy bez pokrycia w dokumentach. Większość pracowników była zatrudniona na czarno. A firma nie wypłacała wynagrodzeń. Kiedy zapytałam, dlaczego nie mam wynagrodzenia na koncie, usłyszałam, że dwa tygodnie wcześniej dostałam wynagrodzenie za końcówkę marca w kwocie nieco ponad 200 złotych i powinnam się z tego cieszyć. Miałam dostęp do wyciągów bankowych, więc wiedziałam, że są na nich setki tysięcy złotych, a wynagrodzenia nie są wypłacane, bo taka jest polityka firmy.
Znowu chciało mi się wyć z bezsilności.
Kwiecień – wypłaty brak, maj – wypłaty brak, a raty do spłaty czekają. Ponadto 23 maja moja starsza córka szła do komunii. Nie robiliśmy przyjęcia w restauracji, tylko skromne w domu. Jednak mimo wszystko nie zaproszę gości na kawę. Przecież musiałam ugotować lepszy obiad. Upiec jakieś ciasto, tort. Alkoholu nie było, bo uznaję, że jest to święto dziecka, a nie dorosłych. I to dziecko w tym dniu powinno być najważniejsze, a nie popisy wstawionych gości. Mimo że przyjęcie było skromne, też pochłonęło całkiem pokaźną sumkę. Byłam załamana, totalnie spłukana finansowo, zapożyczona u znajomych i w bankach. Sytuacja nie do pozazdroszczenia.
W maju 2010 roku z katowickiej firmy udało mi się uciec do Sosnowca, gdzie wreszcie poczułam, że pracuję w normalnej firmie i oddycham z ulgą, choć nie całkiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz